Autor : Marcin Powęska
2025-12-02 15:50
Łuszczyca, przewlekła choroba zapalna skóry, która często bywa bagatelizowana jako problem estetyczny, w rzeczywistości jest poważnym problemem. Nowe globalne dane pokazują stały wzrost zachorowań, a największe obciążenie nadal spoczywa na krajach zamożnych, takich jak kraje Europy Zachodniej czy Ameryka Północna.
Badacze z Chin, analizując dane z bazy Global Burden of Disease 2021, prześledzili trzy dekady zmian w zachorowalności na łuszczycę i spróbowali przewidzieć, jak choroba będzie się rozwijać aż do 2050 r. Wyniki ich pracy, opublikowane w JAMA Dermatology, są z jednej strony uspokajające, a z drugiej niepokojące. Dlaczego?
Między 1990 a 2021 r. standaryzowane współczynniki zapadalności wzrosły u mężczyzn z 56,89 do 62,77 przypadków na 100 tys. osób, czyli o ponad 10 proc. U kobiet wartości zwiększyły się z 57,08 do 61,26, co odpowiada wzrostowi o nieco ponad 7 proc. Różnica między płciami pozostaje niewielka, ale to mężczyźni mają nieco większe ryzyko - przewaga jednak nie jest znacząca i w 2021 r. wynosiła około 1,5 przypadku na 100 tys.
Najważniejsze są jednak prognozy. Jeśli obecne tempo zmian będzie się utrzymywać, to do 2050 r. współczynniki zapadalności mogą wzrosnąć do ok. 70 przypadków na 100 tys. u mężczyzn i 66 u kobiet. To wciąż nie są wartości gwałtowne, ale w skali globalnej nawet pozornie niewielkie zmiany w statystyce przekładają się na setki tysięcy dodatkowych pacjentów wymagających leczenia.
Badacze sprawdzili też, co się stanie, jeśli pominąć dane z 2021 r. - czyli okresu pandemii, kiedy dostęp do lekarzy był mocno zaburzony. Gdy to zrobili, prognozy dla mężczyzn praktycznie się wypłaszczyły, a margines błędu wyraźnie wzrósł. U kobiet takich zmian prawie nie było, a wykres wyglądał podobnie jak w głównej analizie. To sugeruje, że w danych mogą kryć się czynniki, których jeszcze nie rozumiemy - być może chodzi o sposób zgłaszania przypadków, różnice w diagnozie albo zmiany w zachowaniach zdrowotnych.
Najwyższe współczynniki zapadalności i rozpowszechnienia występują w regionach najbardziej rozwiniętych gospodarczo. Ameryka Północna i Europa Zachodnia przewodzą rankingowi, a kraje o wysokim poziomie higieny, zamożności, profesjonalizacji ochrony zdrowia i dobrej dostępności do dermatologów raportują największe obciążenie chorobą. Natomiast w Azji Wschodniej czy Afryce Subsaharyjskiej wskaźniki są znacznie niższe.
Badacze podkreślają, że w wielu regionach brakuje spójnych systemów rejestracji chorób skórnych. W części krajów diagnozowanie łuszczycy nie jest priorytetem, w innych dostęp do dermatologów jest bardzo ograniczony. To wszystko powoduje, że część przypadków pozostaje niewykryta lub nie trafia do statystyk.
Z drugiej strony, bogatsze kraje mogą doświadczać wyższego rzeczywistego obciążenia chorobą. Jedną z hipotez jest ta związana z higieną - życie w wysoce sterylnym środowisku może sprzyjać rozwojowi chorób autoimmunologicznych. Pojawiają się również spekulacje, że na wzrost zachorowań może wpływać dieta zachodnia lub składniki żywności przetworzonej, które z czasem modulują reakcje układu odpornościowego. Autorzy podkreślają jednak, że to na razie jedynie scenariusze, które nie mają potwierdzenia w twardych danych.
Dane demograficzne pokazują ciekawy układ. U dzieci i nastolatków częstość zachorowań u obu płci jest bardzo podobna, a nawet lekko wyższa u dziewcząt. Około 25. roku życia różnice znikają i krzywe się wyrównują. Dopiero później zaczyna się wyraźne rozchodzenie: u dorosłych mężczyzn zapadalność rośnie zdecydowanie szybciej i ten trend utrzymuje się przez wiele kolejnych lat. Nie wiadomo jeszcze dokładnie, z czego to wynika.
Choć badanie obejmuje dane z aż 236 krajów, badacze piszą wprost: wyniki należy interpretować z ostrożnością. Świat nie ma jednolitego rejestru łuszczycy, a kraje różnią się nie tylko metodami zgłaszania, ale nawet definicjami, które trafiają do dokumentacji medycznej. Oznacza to, że globalna mapa choroby jest w dużej mierze tworzona z fragmentów o różnej jakości.
Przytoczone dane nie uwzględniają żadnych czynników środowiskowych ani stylu życia. Nie biorą pod uwagę zanieczyszczenia powietrza, zmian dietetycznych, poziomu stresu, częstości infekcji czy dostępu do lekarzy pierwszego kontaktu. Nie modelują także jakości leczenia, które od 2013 r. poprawiło się dzięki nowym lekom biologicznym. Wiele z tych zmian mogło wpłynąć na wykrywalność choroby, ale nie zostało odzwierciedlonych w analizach.
Autorzy zauważają też, że wzrost zachorowań może wynikać z samego faktu, że dziś lekarze zwracają większą uwagę na łuszczycę, a pacjenci częściej zgłaszają problemy skórne. To sprawia, że część obserwowanego trendu może odzwierciedlać poprawę monitorowania, a nie nieuchronny wzrost liczby przypadków.
Statystyki pokazują globalny wzrost, ale nie wskazują jego przyczyn. Wysokie obciążenie w krajach bogatych może wynikać zarówno z prawdziwych trendów biologicznych, jak i z doskonałej diagnostyki. Niższe wskaźniki w krajach uboższych mogą oznaczać mniejszą zapadalność, ale równie dobrze mogą świadczyć o niewykrywalności.
W Polsce łuszczyca jest znacznie częstsza, niż mogłoby się wydawać. Według danych NFZ na koniec 2023 r. rozpoznanie to miało ok. 640 tys. osób, czyli blisko 1,7 proc. populacji, choć eksperci podkreślają, że rzeczywista liczba chorych może być wyższa, bo część pacjentów leczy się prywatnie lub w ogóle nie trafia do rejestrów. Szacunki epidemiologiczne mówią nawet o 2-3 proc. społeczeństwa, co przekładałoby się na ponad milion osób.
Czytaj także:
Przełom w leczeniu łuszczycy. Polacy mają nową metodę terapii
Partnerzy serwisu