Autor : Agnieszka Jackowska
2024-10-28 16:06
Zatrudnianie osób bez odpowiednich kwalifikacji na stanowiskach psychologów szkolnych wynika z błędnych przekonań, iż problemy uczniów są błahe, a sposoby ich rozwiązania proste. Na tyle proste, iż każdy dorosły jest w stanie im sprostać – mówi dr Magdalena Wegner–Jezierska, psycholożka, terapeutka dzieci i młodzieży, szkoleniowiec, biegła sądowa, prowadzi w Poznaniu Gabinet Psychologiczny ZAPRZYJAŹNIENI.
Polscy uczniowie zmagają się z myślami samobójczymi i potrzebują wsparcia psychologów, tymczasem, jak wykazał raport NIK, w szkołach co piąta osoba zatrudniona na tym stanowisku, nie ma odpowiednich kwalifikacji. Monika Horna–Cieślak napisała w tej sprawie list do Ministerstwa Edukacji – prosi o sprawdzenie, jak wydawane są przez kuratoria zgody na pracę z dziećmi i młodzieżą.
Dwadzieścia procent osób zatrudionych na etacie psychologa szkolnego nie jest do tej roli profesjonalnie przygotowanych. Zatrudnianie ich wynika z sytuacji podbramkowej i desperacji – nie ma chętnych do tej pracy, czy może być też inny powód?
Dr Magdalena Wegner–Jezierska: Zatrudnianie osób bez odpowiednich kwalifikacji na stanowiskach psychologów szkolnych wynika też z błędnych przekonań, iż problemy uczniów są błahe, a sposoby ich rozwiązania proste. Na tyle proste, iż każdy dorosły jest w stanie im sprostać.
Czyli np. co „wystarczy” zrobić?
Wystarczy zapewnić dziecko, że będzie dobrze, że inni przecież mają gorzej i w zasadzie nic złego się przecież nie dzieje. A dziecko powinno cieszyć się tym, co ma, a ma przecież dobrze – wszak pokolenie rodziców i dziadków miało znacznie gorzej (w sensie ekonomicznym) i jakość nie narzekało. Teraz wystarczy tylko uczyć się, a reszta to zabawa.
Wniosek nasuwa się jeden: współczesnym dzieciom „poprzewracało się w głowach”, muszą zabrać się do pracy, a nie wymyślać depresje i samookaleczać się chyba z nudy. A to nie jest prawda!
Bo to, że dziecko nie żyje na wojnie, ma jedzenie, fajne ciuchy, zabawki i kieszonkowe, to jednak za mało?
Dobrostan psychiczny nie wynika bezpośrednio z zamożności w sensie ekonomicznym. Nie ma wiele wspólnego z tym, czy nastolatek nosi markowe obuwie, czy nie. Ani z tego, czy ma wybitne osiągnięcia w nauce, czy przeciwnie – jest przeciętny. Chcielibyśmy odnaleźć proste wzorce, lecz one nie są takie proste. Stworzyliśmy dzieciom świat, któremu ich neuropsychologiczne wyposażenie – mózg, umysł – nie są w stanie sprostać. Zauważmy, że zmiana pokoleniowa, jaka dokonała się na naszych oczach, nie jest jedynie zwykłym następstwem pokoleń, które od wieków obfitowało w konflikty pomiędzy dziadkami, rodzicami i dziećmi, zmianami stylu, poglądów, preferencji i mód.
Dziś obserwujemy przełom pokoleniowy, nie wahajmy się powiedzieć wprost: przełom, jakiego ludzkość nie odnotowała w całej swojej historii. Jest to przełom, któremu towarzyszy cyfryzacja.
Mówiąc o cyfryzacji, jakie aspekty uważa Pani za kluczowe?
Kluczowych jest dziesięć. To: natłok dostępnych informacji, często sprzecznych, w tym istotnych zmian w potencjalnych wzorcach z życia, silne pobudzenie układu nerwowego przez mnogość bodźców różnego typu (tzw. przebdźcowanie), wpływ światła niebieskiego emitowanego przez szklane ekrany na mózg (sen i procesy poznawcze), zmiana stylu codziennego życia (przestrzeń dla życia cyfrowego wypierająca życie w realnym świecie), znaczące zwiększenie się liczby kontaktów międzyludzkich, utrzymywanych na bieżąco dzięki mediom społecznościowym, brak czasu poza relacjami (przez permanentny dostęp w sieci), zwiększanie tempa życia, któremu albo dotrzyma się kroku, albo się z niego „wypadnie”, znaczące zwiększenia się dostępu do wzorców we wszystkich obszarach: od stylu życia, dróg rozwoju, budowa tożsamości itd., których zintegrowanie i uporządkowanie jest niezwykle trudne i być może już niemożliwe bez wsparcia z zewnątrz, zmianę stylu i rozumienia wypoczynku, co ma doniosłe znaczenie z racji przebodźcowania – to, co relaksowało rodziców, (np. wieczorny film) stało się antywzorem, korzystanie, z niego przynosi odwrotny efekt. I ostatnia kwestia: sprzeczne oczekiwania i trendy w zakresie życia cyfrowego – inne mają rodzice, rówieśnicy i wreszcie szkoła.
Jakie to ma skutki dla dziecka?
Efektem są stany lękowe, depresje, zaburzenia w obszarze postrzegania własnej osoby, silne napięcia, kryzysy psychiczne. Rozwiązanie typu: w takim razie niech nastolatek nie używa komórki, nie jest dobrym pomysłem.
Bo odcięcie od komórki i komputera jest nierealne?
Bo nastolatek do prawidłowego rozwoju potrzebuje życia społecznego (tak działa biologia, zresztą każdego z nas), ale życie przeniosło się do sieci, a jego zakres jest przytłaczający.
Ewolucja za wolno postępuje, nasze ciało i mózg nie nadążają?
Nasze mózgi nie ewoluowały w świecie cyfrowym. To efekt zupełnie innych warunków życia, w większości w środowisku naturalnym, w naturalnym rytmie dobowym, w ruchu, w małych społecznościach, face to face. Wśród zadań głównie praktycznych/fizycznych, a nie intelektualnych. Adaptacyjne możliwości ludzkich mózgów okazują się więc niewystarczające dla tak doniosłej zmiany, jaką jest cyfryzacja.
Nie zmienimy biegu zdarzeń, ale jesteśmy winni dzieciom i młodzieży pomoc w odnalezieniu się w nowej rzeczywistości. Ta pomoc musi być systemowa, nie może dotyczyć jedynie sytuacji, kiedy jest już bardzo źle.
Wtedy pozostaje już tylko terapia?
Proces terapii psychologicznej trwa długo i wymaga szczególnego zaopiekowania się uczniem od jego pierwszego kontaktu z psychologiem, na przykład w szkole. Ten pierwszy kontakt jest kluczowy, bo musi przynieść dziecku nadzieję, a nie go jej pozbawić. Tymczasem rzeczywistość jest przerażająca.
Aż tak?
Osobiście kontaktowałam się z psycholożką szkolną w sprawie mojego pacjenta i na „dzień dobry” usłyszałam, że mogę mówić trzy minuty, bo..... właśnie idzie do klasy na zastępstwo. A ta pora to były teoretycznie właśnie godziny dyżuru szkolnego psychologa.
Czyli psycholog w szkole jest na stand–by i to do wszystkiego, niekoniecznie do pomocy psychologicznej.
Psycholodzy pełnią dyżury w holu na długiej przerwie, chodzą na zastępstwa, jeżdżą jako opiekunowie na wycieczki szkolne, itp. Tymczasem zadanie psychologa polega na nielimitowanej dostępności, zapewnieniu spokoju, intymności, poufności. To podstawa. Dziecko, które poczuje się zbywane, marnujące komuś czas, albo że jego problemy są błahe i dostanie na nie szybkie rozwiązania, nie wróci po pomoc.
Poczuje się nierozumiane i zniechęci się do psychologów?
Upewni się, że nikt nic nie jest w stanie odpowiedzieć na jego problemy i złe samopoczucie psychiczne, a to może zakończyć się tragicznie. Ponadto warto wspomnieć, że kontakt psycholog–pacjent to praca, która jest budowana na RELACJI. Jeśli nie utworzy się dobry klimat międzyosobowy, współpraca po prostu nie jest możliwa. Tak jak możliwe jest zrozumienie chemii tłumaczonej przez nauczyciela, za którym dziecko nie przepada, tak proces zdrowienia w kontakcie z psychologiem, którego uczeń nie zaakceptuje personalnie, jest skazany na niepowodzenie.
W związku z tym psychologów, do których po pomoc może udać się uczeń, powinno być w szkole więcej, nie może to być tylko jedna osoba.
Dziecko, nastolatek ma prawo wybrać osobę, której będzie w stanie zaufać, ma prawo zmienić psychologa, jeśli kontakt z pierwszym nie będzie satysfakcjonujący. I musi wiedzieć, że jest to normalne.
Psychologów brakuje, także szkołach. To prawdopodobnie nierealne, by w każdej szkole było kilku.
Z jednej strony psychologów w szkołach brakuje, z drugiej ich potencjał jest marnowany, bo specjaliści traktowani są, jak mówiłyśmy, jako dyspozycyjne osoby do wszystkiego I dochodzi kluczowa kwestia – brak chęci psychologów do podjęcia pracy w placówkach szkolnych.
Chodzi o pieniądze?
Brakuje wytycznych dotyczących godnego wynagrodzenia, a przypomnijmy, że na kierunek: psychologia dostają się maturzyści z najwyższymi notami, brak precyzyjnie określonego zakresu obowiązków, odpowiedzialności, zakupu przez szkołę pomocy do pracy, liczby uczniów przypadających na jednego specjalistę, wsparcia finansowego młodego psychologa w drodze szkoleń, a te trwają latami itd.
Tego typu regulacje powinny być bazą, aby w ogóle zacząć poważnie wpływać na całokształt zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży.
Rola szkoły jest ogromna i wiąże się z gruntowną przebudową całego systemu, przekonań i wiedzy o współczesnym pokoleniu, lecz także intensywnej, obowiązkowej pracy z rodzicami. Zrozumienie tego, co się dzieje z dziećmi i młodzieżą od strony naukowej, neurobiologicznej musi stać się wiedzą ogólnodostępną dla nauczycieli, rodziców i młodszego pokolenia. Dopiero ta wiedza pozwoli na budowanie odpowiedzi na zagrożenia współczesnego świata.
Czy jest lepiej niż w poprzednich latach, czy gorzej? I czy udzielenie wsparcia przez niefachową osobę – studenta psychologii zamiast psychologa, albo wolontariusza w telefonie zaufania, może mieć rzeczywiście tragiczne
konsekwencje, czy lepsza taka pomoc niż żadna, skoro psychologów dziecięcych i młodzieżowych z wysokimi kwalifikacjami brakuje?
Każda niefachowość w sytuacji kryzysowej może mieć tragiczne konsekwencje. Zwróciłabym uwagę na fakt, że psycholodzy zobowiązani są do przestrzegania kodeksu etycznego pracy psychologa i szkoła powinna zapewnić im warunki, dzięki którym mogliby zawsze tego kodeksu przestrzegać.
Powinni mieć też dostęp do pomocy ze strony starszych kolegów i koleżanek po fachu w formie superwizji. Być może stworzenie programu dla psychologów szkolnych, gdzie na start otrzymaliby pomoc i narzędzia do pracy z uczniami i ich rodzinami oraz wiedzę o swoich prawach i obowiązkach szkole, w kontekście oczekiwań na swoim stanowisku pracy ze strony dyrekcji, byłoby dobrym rozwiązaniem.
Rozpoczynanie pracy zawodowej w telefonie zaufania przez studenta wydaje mi się szalonym pomysłem. Myślenie typu: już lepiej, aby był tam student niż nikt znów bazuje na niewiedzy o tym, jak trudno zdobyć w zakresie psychologii praktykę i odpowiedni poziom świadczenia usług, przecież w przypadku usuwania guza mózgu nikt nie powie: lepiej, aby zrobił to student niż nikt!
Jeśli faktycznie niefachowe wsparcie jest takim zagrożeniem, to np. przeciętny rodzic też chyba bardziej szkodzi dziecku niż pomaga swoimi uwagami robionymi w dobrej wierze?
Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Zadania rodzica i specjalisty są odmienne. Rodzic ma za zadanie wysłuchać, przytulić, dać te swoje rodzicielskie rady i koniecznie zapewnić dziecku i sobie pomoc specjalistyczną. Dowiedzieć się, jak wspierać dziecko w kryzysie, na co zwracać uwagę, w czym na co dzień mu pomóc. Specjalista zajmie się zdiagnozowaniem trudności i podjęcie właściwych form terapii. Tu ponownie posłużę się analogią do medycznego zaopiekowania. Gdy dziecko złamie nogę rodzic ma inne zadania niż lekarz: musi wesprzeć, przytulić, zawieźć do szpitala, dopilnować wizyt kontrolnych, zapewnić pomoc rehabilitanta. Sprawy medyczne zostawia lekarzowi, lecz jego rodzicielska troska jest równie potrzebna.
Jakie problemy uważa Pani za najpilniejsze do rozwiązania, jeśli chodzi o wparcie uczniów – ma Pani jakieś pomysły, co należałoby zrobić?
Widzę tu sześć kwestii, które należałoby zrobić, a które mogłoby poprawić sytuację. To: Wprowadzenie regulacji prawnych w zakresie korzystania z mediów w szkole przez uczniów, pomoc rodzicom w kwestiach wychowawczych w obrębie higieny cyfrowej ich rodzin, przesunięcie nacisku z nauki na pamięć na praktyczne zdobywanie wiedzy, wprowadzenie przedmiotów na temat zdrowia psychicznego w formie warsztatów dla młodzieży (ale nie jako kolejne godziny nauki teoretycznej!), przygotowanie wartościowych programów do takich warsztatów, wsparcie psychologów szkolnych w zdobywaniu kompetencji do pomocy uczniom na terenie szkół i zwiększenie wynagrodzeń psychologów w szkołach.
Czy uczniowie w ogóle chcą się zwierzać psychologowi szkolnemu, czy boją się i mają do niego ograniczone zaufanie?
Psycholog szkolny to konkretna OSOBA, są tacy, do których drzwi się nie zamykają, są i tacy, których omija się szerokim łukiem. Zależy to od jej umiejętności, możliwości i osobowości.
Jakie kompetencje, umiejętności, predyspozycje są najważniejsze u psychologa szkolnego?
Psycholog szkolny powinien mieć wiedzę akademicką, ale i praktykę, być dostępny fizycznie i psychicznie, umieć pokierować i motywować do podjęcia terapii psychologicznej, lub innych potrzebnych konsultacji, np. psychiatrycznej czy terapii rodzinnej, poddawać swoją pracę superwizji, posiadać kompetencje osobiste, takie jak: otwartość, kontaktowość, zamiłowanie do pracy z młodym pokoleniem, ciekawość innych ludzi, przyjacielskość, a także mieć wiedzę na temat życia współczesnego pokolenia i równocześnie chęć i umiejętność podążania za nim – zdobywania wiedzy, nie tylko teoretycznej na temat trendów młodzieżowych i w świecie cyfrowym. Ważna jest też umiejętność nie tylko wejścia w świat młodych, ale i prowadzenia ciekawych form warsztatowych w pracy z młodymi osobami. A do tego psycholog szkolny powinien być pewny siebie i swoich działań, a przy tym ważne, by umiał przeprowadzić zarówno interwencję kryzysową, jak i udzielić wsparcia długoterminowego.
A czy to nie jest tak, że rodzice i nauczyciele pokładają̨ w psychologu szkolnym zbyt wielkie nadzieje i myślą życzeniowo, że wyślą̨ dziecko do gabinetu psychologa na rozmowę̨, albo psycholog przyjdzie do klasy i zrobi pogadankę, to wszystko się samo naprawi?
Zakres oddziaływania psychologa ma swoje granice. Mówiąc o zdrowiu psychicznym dzieci musimy myśleć o przyczynach obecnego stanu rzeczy i drogach ich rozwiązania. Obecność psychologów w szkołach jest konieczna lecz oczywiście nie załatwi wszystkiego.
Psycholog ma między innymi za zadanie nakreślić rodzicom obszar do pracy z dzieckiem. A jest to obszar systemowy. Nie tylko dziecko będzie pracować z psychologiem, także rodzice bedą mieli określoną pracę do wykonania.
Jakie są największe problemy w działaniu tego systemu, który tworzą szkoła, dom i ewentualnie kurator i opieka społeczna?
W mojej opinii poważny problem. Tak, jak z radością przyjęłam obowiązek wprowadzenia Standardów Ochrony Małoletnich, tak już próby zgłaszania podejrzenia popełnienia przestępstwa lub zaniedbania dziecka osobiście doświadczyłam jako wyprawę wysokogórską.
Z czym się Pani spotkała?
Moje próby zgłaszenia problemu na policję były zbywane, anonimowość zgłoszenia – złamana, a działania służb tragiczne. Słyszłam np. od policjantów: „Nikt nam nie otworzył drzwi, więc kończymy interwencję”, a do tego kontakt ze służbami był żenujący – mówili np.: „A co sobie Pani myśli, że my niby co możemy w tej sytuacji?”.
Wygląda na to, że policjanci próbowali Panią zniechęcić?
Byłam zniechęcana na każdym kroku. Na komisariacie w dużym mieście oferowano mi oczekiwanie kilkugodzinne na to, by ktoś do mnie podszedł i bym mogła złożyć zeznania. A posiadałam pełną wiedzę, że zgłoszenie rzeczywiście dotyczy przynajmniej zaniedbania, a być może też przemocy fizycznej wobec małego dziecka.
Aż trudno uwierzyć. Jeśli to nie było incydentalne zdarzenie i tak wygląda na co dzień składanie zeznań w sprawie przemocy wobec dzieci, to bardzo niepokojące.
Myślę o tym po dziś dzień i mam na uwadze to, że konieczne są zmiany dla realizacji Standardów Ochrony Małoletnich w praktyce. Inaczej będą one martwe.
I jak ta Pani „przygoda” na komisariacie się skończyło?
Ostatecznie udało mi się to zgłoszenia doprowadzić do finału. Zajęło mi to jednak około trzy tygodnie. To były trzy tygodnie odbijanie się od drzwi do drzwi, bycia lekceważoną i zbywaną. Czułam się jak intruz. Doprowadzenie tego do finału wymagało to ode mnie ogromnej determinacji, a ostatecznie prosiłam urzędników odmawiających mi odnotowania zgłoszenia, by podali mi swoje nazwiska. Dopiero to pomagało. Uważam, że to niedopuszczalne.
Przeczytaj też:
Psycholodzy szkolni bez kwalifikacji? Horna-Cieślak pisze do MEN
800 plus: aż 100 tys. dzieci bez świadczenia. ZUS radzi, co zrobić
Zmiany opieki medycznej nad uczniami. Otwarcie na kolejne zawody
Zobacz też:
Partnerzy serwisu